Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 22 stycznia 2012

W Delcie Orinoko


W czwartek rano wstaliśmy o 6:30. Pół godziny później byliśmy już na recepcji naszego hoteliku , gdzie czekał na nas znajomy Czech, który zorganizował naszą wyprawę do Delty Orinoko i Kanaimy. Całą szóstką władowaliśmy się do pięcioosobowego samochodu. Podróż na lotnisko w Porlamar miała trwać tylko 10 minut, więc nie mieliśmy z tym większego problemu. Naszym celem było Tucupita.

Na malutkie lotniska w dżungli latają tylko prywatne samoloty więc na płycie stał wynajęty Jetstream31, mieszczący 16stu pasażerów i dwóch członków załogi kokpitu- kapitana i pierwszego oficera. U drzwi maszyny witał nas ten drugi- podstarzały Wenezuelczyk . Lot trwał 45 minut.




W Tucupita, aby dostać się do rezerwatu, w którym mieliśmy spędzić noc, musieliśmy popłynąć wzdłuż rzeki Orinoko. Na małej przystani młody Indianin zaprosił nas do łódki. Słońce paliło niemiłosiernie, a przed nami była 1,5 godzinna podróż. Już Po paru minutach pędziliśmy 50km/h a wiatr wplatał nam się we włosy. Podziwialiśmy bujną roślinność i położone co parę kilometrów Indiańskie wioski.





W oddali dostrzegliśmy małe chatki. Właśnie dopływaliśmy do naszego campusu . W barze- recepcji przywitała nas piękna, nieco wstawiona Czeszka. Nie dziwiłam się. Było już popołudnie a ktoś powiedział mi, że butelka była wszystkim tym co miała.





Dostaliśmy buty i od tej chwili byliśmy „gotowi” na spacer po dżungli.



Organizatorzy wycieczki robili wszystko, by nam zaimponować. Łowiliśmy piranie, podziwialiśmy żyjące w Orinoko delfiny oraz siedzące na drzewach tukany, nietoperze i małpy. Przewodnicy, aby pokazać nam rajskie ptaki, podpływali blisko drzew płosząc z gniazd samice i prowokując samce, które w obawie o swoje bezpieczeństwo wydawały dźwięki bojowe. Indianin zrzucił z drzewa węża i go schwytał , a ten rozwścieczony owinął się wokół jego ręki i prezentował wszystkim swoje zęby. Turyści mogli zrobić kilka zdjęć.





Dżungla nie była dla nas łaskawa. Rządne krwi komary rzuciły się na nas i nie chciały odpuścić. Trujące rośliny kusiły piękną barwą, kłącza i korzenie próbowały nas przewrócić, a porośnięte kolcami gałęzie drzew chciały nas zranić. Grzęźliśmy w bagnach.



Indianin ściął palmę, byśmy mogli spróbować jej jadalnej części. Jedliśmy też indiańską roślinę, przypominającą smakiem rabarbar, której przypisuje się właściwości viagry. Co odważniejsi przykładali palce do gniazd termitów by za chwilę zanurzyć je w ustach…

Zaspokoiliśmy swoją ciekawość i wreszcie mogliśmy wrócić do łodzi.



Punktem programu była wizyta w indiańskiej wiosce. Jej mieszkańcy usiedli i rozłożyli na ziemi wyrabiane własnoręcznie kosze i biżuterię. Nie narzucali się bo mają swoją godność. Pewnie dlatego w dalszym ciągu są Indianami.






`

Wieczorem niebo rozbłysło miliardem gwiazd. Rajskie ptaki zasnęły, a gdzieś w oddali słychać było wycie i ryczenie. Do snu, dziwną kołysanką, ułożyły nas świerszcze i cykady.

Dobranoc dżunglo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujemy bardzo za każde odwiedziny i komentarz. Jest nam bardzo miło. Z chęcią odwiedzimy Wasze blogi :)